Warszawa – Muzea Techniki
Muzeum Techniki z moich młodych lat zmieniło nazwę na Narodowe Muzeum Techniki, ale dalej mieści się w Pałacu Kultury i Nauki w centrum Warszawy. Z tamtego okresu pamiętam jedynie makiety przedstawiającą fragment kopalni węgla.
Zgodnie z nową nazwą muzeum dość agresywnie promuje polskich uczonych i wynalazców, nierzadko nie przejmując się, że ich związki z polskością mogły być wątłe. Kopernik nie budzi wątpliwości, Zygmunt Puławski (genialny konstruktor, fatalny pilot), czy zespół, który pierwszy złamał kod Enigmy też nie, ale już Kudelski czy Patek (o nim jest tylko plansza, zegarków brak) pasują tak sobie...
Byłoby wspaniale, gdyby w muzeum prezentowano osiągnięcia polskiej nauki i techniki z dawnych lat, niestety polskich eksponatów z okresu przed ostatnią wojną jest bardzo mało z przyczyn oczywistych. Opowiem o nich w kolejnych działach
Z zabytków polskiej motoryzacji można oglądać dwie wersje motocykla Sokół i ramę podwozia samochodu Lux Sport
Zabytkowych samochodów zagranicznych jest więcej. Legendarny Ford T w legendarnym kolorze czarnym, Oldsmobile Curved Dash (Zagięty Fartuszek) z 1903 roku, Adler z 1901 roku - na froncie karbidówka, która podobno miała pełnić także funkcję zderzaka i wreszcie samochód z 1899 roku z silnikiem De Dion Bouton, prawdopodobnie firmy Cudell.
Samochody i motocykle powojenne też są prezentowane. Mikrus - mikrosamochód, który był nawet produkowany, chociaż użytkownicy nie byli zadowolenie i Smyk, który nie doczekał się produkcji i słusznie, była to konstrukcja zaprojektowana raczej bez sensu, np. wchodzenie przez przednie drzwi kładzione na jezdni. Jest też przekrój przez fiata 126p, który podobno zmotoryzował Polskę, ale teraz jakoś znikł z ulic i wreszcie cały regał motocykli z lat 60.
Przy szatni w muzeum stoi fiat 126p rozcięty na pół i przerobiony na dwie ławeczki.
Wiele miejsca poświęcono na przyrządy i urządzenia ułatwiające obliczanie i przetwarzanie danych. Komputery, ale nie tylko.
Widać więc tabliczkę z babilońskim pismem klinowym (prototablet), kostki Napiera, liczydło, ręczny sumator i kilka arytmometrów.
Wszystkie te przyrządy ułatwiające obliczanie, wraz z suwakami logarytmicznymi, praktycznie znikły po rozpowszechnieniu się kalkulatorów elektronicznych, które też są obecnie niszą, bo w każdym smartfonie można zainstalować lepszy. Para polskich kalkulatorów Bolek i Lolek, ten pierwszy prostszy, drugi z funkcjami "naukowymi", kalkulator Brda 11U a także bardziej rozbudowany, a za to mniejszy kalkulator firmy Texas Instruments TI-30.
W dziale profesjonalnych komputerów wystawiono analogowy analizator równań różniczkowych AKAT-1.
Stoi tam także pamięć karuzelowa komputera GIER. Było to ciekawe rozwiązanie, zapewniające pojemność pamięci zewnętrznej jak dla pamięci taśmowej, ale ze znacznie krótszym czasem dostępu. W latach 1960/70 taki komputer był zainstalowany na Wydziale Matematyki i Informatyki UW, zaliczenie zajęć z informatyki wymagało ode mnie między innymi uruchomienie programu na tym komputerze.
Język programowania Algol 60 zaimplementowany na tej maszynie niestety w praktyce skłaniał do programowania nie do końca zgodnego ze sztuką - podprogramy były umieszczane w innych segmentach karuzeli niż program główny i przy wywołaniu nawet najkrótszego z nich karuzela musiała się obrócić, co oczywiście opóźniało wykonanie. Oficjalnie więc zalecano studentom, żeby unikali nadmiaru procedur i funkcji.
Komputer Odra 1305 produkowany na licencji firmy ICL był, przynajmniej z punktu widzenia użytkownika znacznie łatwiejszy w użyciu, niż klony IBM 360, wówczas produkowane w RWPG. W szczególności użytkownicy systemu George-3 na Odrze mieli łatwiejszą pracę niż użytkownicy języka JCL dla IBM.
Legendarny minikomputer K-202 opracowany przez inżyniera Jacka Karpińskiego zapowiadał się na rewelacyjne urządzenie, jednak projekt został brutalnie zatrzymany przez ówczesne władze. Niektóre rozwiązania, np. asocjacyjne adresowanie bloków pamięci zostały wykorzystane w komputerach serii Mera-400.
W dziale komputerów można też obejrzeć liczne, zabytkowe komputery osobiste z różnych krajów. Mazovia - polski klon IBC PC. Mera Meritum, komputer przeznaczony dla instytucji oparty na ośmiobitowym procesorze ZILOG Z-80, był to odpowiednik furgonetki z silnikiem od motoroweru. Możliwościami i estetyką projektu wyróżniał się Macintosh LC II jeszcze używający procesorów Motoroli, a także jego poprzednik Apple IIc. Osborne 1 to pierwszy przenośny komputer, też ośmiobitowy na ZILOGu Z-80, ze zintegrowanym w jednej obudowie monitorem – kineskopowym! Z kolei Compaq Plus Portable to jeden z pierwszych przenośnych komputerów z twardym dyskiem.
Małe komputery osobiste reprezentuje najsławniejszy chyba Sinclair ZX Spectrum w dwóch wersjach – z gumową klawiaturą i ZX Spectrum+ z trochę lepszymi klawiszami. Z wyższej półki Commodore 64 oraz jeszcze lepszy Commodore Amiga. Do tego Amstrad CPC-464, czyli popularny ośmiobitowy z przyzwoitą klawiaturą, dedykowanym monitorem i wbudowaną w system pamięcią w postaci magnetofonu kasetowego. W latach 80 te komputery bawiły, a nawet trochę uczyły miliony amatorów. Istniały także kieszonkowe komputery, większe od kalkulatorów i z większymi możliwościami programowania, jak np. Panasonic HHC.
Elektronika domowa zajmuje sporo miejsca w muzeum. Wystawiane są także urządzenia przedwojenne. Wileńska firma Elektrit reprezentowana jest przez luksusowe radia Automatic (z preselekcją stacji!), Victoria i kilka innych. Jest także najtańsze polskie radio z tego okresu, detektorowy Detefon. Przestarzały już w okresie projektowania, ale za to w miarę tani.
Stare radia są też wystawione zbiorczo, jest nawet aranżacja pokoju w przedwojennym mieszkaniu z radiogramofonem nieokreślonej firmy.
Najstarsze powojenne urządzenie elektroniki domowej w muzeum to prototyp telewizora PIT-51-525 z 1947 roku. W osobnej sali są w gablotach zestawione liczne urządzenia, niektórym przyjrzymy się bliżej.
Kilka stanowisk w muzeum odtwarza wygląd sklepów ze sprzętem RTV z lat 1950/60, 1970/80 i 1990/2000. Sklepy te są trochę nierealistyczne. Nie tylko dlatego, że w czasach PRL najciekawsze urządzenia były sprzedawane tak szybko, że nie dało się ich zobaczyć na półkach, ale też dlatego, że koło siebie umieszczono rzeczy, które nie miały szans spotkać się w sklepie. Przykładowo Aga produkowana była do połowy lat 50., a stojący obok Turandot od połowy lat 60.
Zaaranżowane przykładowe pokoje: z lat 1960, 1980 i pokój nastolatka z lat 1990. Pokój z lat 1980 niestety zawiera anachronizmy. To, że radio od Kleopatry stoi na wzmacniaczu od Meluzyny, to jeszcze nic takiego. Ale telewizor Ametyst 102 (lata produkcji 1969 - 1971) nie mógłby się w takim pokoju znaleźć.
Pod koniec lat 1950. przygotowano luksusowy odbiornik radiowy Eroica. Rozbudowany układ elektryczny miał dostarczać najlepszej osiągalnej wówczas jakości. Niestety nie wyszło, kilka lat później w czasopismach technicznych pisano "nie wspominajmy o pechowej Eroice". Odbiornik Stolica był urządzeniem średniej klasy, jeszcze bez zakresu UKF, natomiast Bolero, już z zakresem UKF i trochę zgrabniejszy Turandot były wtedy optymalnym wyborem. Osobliwością jest natomiast radio DMT/L-202. W latach 70. projektować radio tranzystorowo-lampowe, no nie. Co więcej było to radio monofoniczne, ale bez wbudowanego głośnika – w komplecie dostarczano nieduży zestaw głośnikowy, oczywiście zdecydowanie lepszy od głośnika wbudowanego. To odstraszało nabywców - jeżeli ktoś akceptował niewygodę osobnego głośnika w zamian za lepszą jakość, decydował się raczej na zestaw stereo.
Produkcja przenośnych radyjek tranzystorowych ruszyła w PRL z opóźnieniem w stosunku do świata, gdyż Koliber, pierwszy popularny bateryjny odbiornik na tranzystorach pojawił się po roku 1960. Potem pojawiały się kolejne wersje i inne radia oparte o ten sam układ, tylko trochę inaczej wyglądające, np. Minor. Pewną nowością była Dominika, pierwsze małe radio przenośne z zakresem fal krótkich.
W drugiej połowie lat 60 stały się modne odbiorniki turystyczno-samochodowe. W samochodzie montowano kasetę i wkładano do niej radio, dostarczając zasilania, sygnał z anteny i dodatkowego wzmocnienia do głośnika, natomiast po wyjęciu z kasety było to normalne radio przenośne. Takie rozwiązanie wymuszało umieszczenie wszystkich pokręteł, skali i przycisków na górnej ściance radia. W Polsce w tej klasie pierwszy był Krokus, jednocześnie było to pierwsze radio przenośne z falami krótkimi.
Na początku lat 70 pojawiły się u nas odbiorniki turystyczno-samochodowe trochę wyższej klasy. Z większym głośnikiem i zakresem UKF mogły w domu zastąpić przeciętny odbiornik domowy. Pierwsza była Ewa i Alina (brak w muzeum). Spełniały one swoje zadanie. A kilka lat później pojawiła się Jowita. Zachowała układ poprzedniczek, chociaż nie była przystosowana do pracy w samochodzie – przestało to być potrzebne. I właśnie Jowita stała się przebojem rynkowym. Znikała ze sklepów błyskawicznie i miała powodzenie nieporównywalne z poprzedniczkami. Dlaczego? Chyba głównie za sprawą stylistyki. Drewnopodobna okleina i ciekawy wystrój górnej ścianki od razu zwracały uwagę. Jakość dźwięku była trochę lepsza, poza tym zakres fal krótkich zaczynał się od 13 metrów i miał precyzer, podczas gdy poprzedniczki zaczynały krótkie fale od 25 metrów. W tym okresie odbiorem fal krótkich był zainteresowany znacznie większy krąg nabywców, niż obecnie... Do tego Jowita mogła być zasilana z różnych baterii, były to R20, R14 a nawet płaskie do latarek. Zwiększało to szanse na dokupienie baterii w czasie urlopu. Istniało kilka wersji Jowity, a także identyczna z wyglądu Wanda, która po podłączeniu przystawki stereofonicznej PS-742 pozwalała na odbiór stereo. Na to rozwiązanie nie było chętnych - radia znikały ze sklepów, przystawki nie.
W latach 70. pojawiała się też Dana, wreszcie nieduże radio z zakresem UKF i stosunkowo niedrogie.
Na początku lat 80. pojawiło się drogie, luksusowe radio Julia, które zapewniało odbiór stereo (na słuchawki lub z dodatkowym głośnikiem), a jednocześnie miało rozbudowane zakresy fal krótkich z podwójną przemianą częstotliwości.
Zauważmy, ze przeważająca większość odbiorników przenośnych była nazywana damskimi imionami, wyjątki były nieliczne.
Z początkiem lat 1970 Unitra nawiązała współpracę z japońską firmą Sanyo. Widocznym efektem tej współpracy był odbiornik Elisabeth stereo (brak w muzeum) oraz zadziwiające nieporozumienie, czyli Elisabeth mono (brak w muzeum). Było to pierwsze w Polsce radio, które miało charakterystyczny wygląd wylansowany przez firmy z USA i z Japonii w latach 1950. Radia takie kojarzyły się z laboratoryjnym sprzętem pomiarowym. Elisabeth miała niezłe parametry, przyciągający wygląd i znikała ze sklepów, zanim do nich trafiła. Jednak nie był to odbiornik klasy Hi-Fi, trochę mu brakowało do spełnienia normy DIN-45500. W tej sytuacji dość szybko pojawiła się ulepszona wersja Elisabeth Hi-Fi. Powiększono moc wzmacniacza, dodano przedwzmacniacz do gramofonu z wkładką magnetyczną. Jednak nabywcy nie byli już aż tak entuzjastyczni – pierwsza Elisabeth miała wszystkie podzespoły japońskie, kolejna już krajowe. Największe problemy sprawiały rozklejające się rdzenie ferrytowe w filtrach.
Elisabeth była opracowana specjalnie na polski rynek i ergonomia nie była jej mocną stroną. Regulacja głośności w niezbyt oczywistym miejscu, programowanie stacji (tylko dwóch) za pomocą zwykłych, dość dużych gałek
W roku 1972 pokazano po raz pierwszy odbiornik Meluzyna. Było to pierwsze na polskim rynku urządzenie, które w zasadzie spełniało normy HiFi. Producent nawet dodawał do każdego egzemplarza kartę indywidualnych pomiarów! Mimo wysokiej ceny odbiorniki znikały ze sklepów błyskawicznie. Planowano też wersję mono Meluzyny, ale pomysł porzucono. Po kilku latach przygotowano nową wersję o pretensjonalnej nazwie Kleopatra, uzupełnioną o programator stacji na UKF i gniazdko do słuchawek. Moim zdaniem nadawanie nowej nazwy nie miało sensu, zwłaszcza przy tak małych zmianach.
W 1977 Zakłady Radmor, producent elektroniki profesjonalnej morskiej (radiotelefony) zaskoczył wszystkich prezentując Odbiornik Radiowy Radmor 5100. Rozwiązanie było nietypowe - brakowało gałki strojenia i skali, zamiast tego było 8 małych potencjometrów, którymi można było nastawić stację, wybieraną potem dotknięciem sensora pod potencjometrem. W telewizorach takie rozwiązanie było spotykane, nawet w Polsce, w radiach nie. Z uwagi na parametry miał to być odbiornik tylko z zakresem UKF, jednak przepisy wymusiły dodanie zakresu fal długich – wtedy każde radio w Polsce musiało mieć możliwość odbioru programu pierwszego PR. Cena była na tyle wysoka, że Radmor był spotykany w sklepach, jednak w porównaniu z resztą oferty warto było zapłacić. Istniały dwie wersje kolorystyczne – srebrna i czarna, obie piękne. Radmor również dostarczał nabywcy kartę z indywidualnymi parametrami egzemplarza.
W ciągu kilku lat powstawały kolejne wersje. Radmor 5102 miał dodatkowo włącznik korekcji fizjologicznej (tzw. kontur), a sprawiające użytkownikom kłopoty miniaturowe żarówki podświetlające sensory zostały zastąpione przez diody świecące. Wersja 5102T zamiast pięciu wskaźników wychyłowych miała tylko jeden. Wskaźniki siły sygnału i dokładnego dostrojenia zostały zastąpione diodami, wskaźniki mocy wyjściowej usunięto. Ta zmiana nie pogorszyła użyteczności odbiornika, ale estetyka straciła dużo. Użytkownicy, którym zależało na pełnym zakresie AM mogli dokupić odbiornik Radmor 5122, który miał rozbudowany zakres fal krótkich z podwójną przemianą częstotliwości. Oferowany był także korektor graficzny Radmor 5470.
Wczesne wersje Radmora są poszukiwane przez kolekcjonerów, a na aukcjach osiągają wysokie ceny, nie mające związku z ich wartościami użytkowymi.
W latach 1980 Zakłady Radiowe Kasprzaka wprowadziły do sprzedaży niepozorny odbiornik radiowy AT 9100 o bardzo przyzwoitych parametrach. Produkowano też inne elementy zestawu, np. magnetofony dostosowane wzorniczo do odbiornika.